niedziela, 16 sierpnia 2009

Pyrzowice stawiają na samoloty transportowe

0 komentarze

Wizz AirImage by robinhamman via Flickr

Lotnisko w Pyrzowicach nie chce już ścigać się o pasażerów z krakowskimi Balicami. Zamiast tego zamierza budować nowe hangary i magazyny zdolne obsłużyć największe transportowe samoloty świata. Czy bazy cargo okażą się strzałem w dziesiątkę?

Górnośląskie Towarzystwo Lotnicze jeszcze w tym roku ogłosi przetarg na projekt nowego terminalu. Ale tym razem nie będzie to budynek dla pasażerów, ale największa w Polsce baza przeładunkowa, tzw. cargo. Ma kosztować około 16 mln euro i powstać do 2013 roku. Nowe hangary, magazyny i parkingi dla ciężarówek zlokalizowane zostaną po drugiej stronie terminalu pasażerskiego. Lotnisko już zarezerwowało potrzebne do rozbudowy grunty.

- Prawie 60 proc. potrzebnych pieniędzy wyłoży Unia Europejska - mówi Cezary Orzech, rzecznik Pyrzowic.

Choć o bazie cargo mówiło się w Pyrzowicach od dawna, zawsze kończyło się tylko na planach. Najpierw powodem był fatalny dojazd do lotniska - krętymi, nieoświetlonymi drogami - potem, gdy powstała już nowa droga ekspresowa, brak pieniędzy.

Ale teraz władze GTL-u doszły do wniosku, że nie ma już co przeciągać decyzji o rozbudowie lotniska. W Pyrzowicach, podobnie jak w innych portach w kraju, systematycznie maleje bowiem liczba pasażerów. Nie pojawiają się nowe linie, a gdy uruchamiana jest nowa trasa, to równocześnie zamyka się jakąś starą. Baza cargo ma otworzyć nie tylko nowe możliwości zarabiania pieniędzy, ale też pozwolić wykorzystać świetne położenie geograficzne Pyrzowic: z dala od aglomeracji. Coś, co dla pasażerów jest sporym utrudnieniem, dla firm transportowych może być atutem. Samoloty transportowe będą mogły latać nawet w nocy, nie budząc mieszkańców.

Nawet planowana rozbudowa pasa startowego i zwiększenie jego długości z 2,8 do 3,8 km prowadzone będzie bardziej z myślą o samolotach transportowych niż pasażerskich. Już teraz w Pyrzowicach mogą lądować największe transportowce świata, m.in. ukraiński AN-255 Mrija. Jednak by taki kolos mógł dziś bezpiecznie wystartować, może zatankować tylko połowę paliwa lub zabrać na pokład połowę ładunku. Po rozbudowie pasa problem zniknie i nawet takie olbrzymie samoloty transportowe będą mogły lądować i startować z pełnym obciążeniem.

- Dziś docierają do nas tylko przesyłki kurierskie, a chcemy, aby powstała tu baza umożliwiająca transport towarów w specjalnych kontenerach. To szansa na pojawienie się nowych, wyspecjalizowanych linii - mówi Orzech i wskazuje potencjalnych zainteresowanych: duże fabryki, które powstały w specjalnej strefie ekonomicznej. Choć już dziś zdarza się, że części do gliwickiego Opla czy fabryki Isuzu w Tychach przylatują samolotami do Pyrzowic, wciąż są to jednak sporadyczne przypadki. - Mamy nadzieję, że gdy na lotnisku powstanie nowa infrastruktura, zwiększy się też ruch transportowy - mówią w GTL-u.

Paweł Cybulak, szef specjalistycznego portalu Pasazer.com, twierdzi, że plany Pyrzowic mogą okazać się strzałem w dziesiątkę. - Pamiętajmy, że również transport samolotowy zapewnia lotnisku spore zyski. W sytuacji gdy Wizz Air, największa linia w Pyrzowicach, nie uruchamia już tylu nowych kierunków co kiedyś, to może być dobre uzupełnienie ruchu pasażerskiego - ocenia Cybulak.

Ale przedstawiciele firm, z którymi rozmawialiśmy, studzą nieco ten zapał. Transport powietrzny jest bowiem wciąż dużo droższy, niż przewożenie towarów ciężarówkami czy koleją. Dlatego nawet największych potentatów nie zawsze stać na wynajęcie samolotów. - Zdecydowaliśmy się na to raz, gdy musieliśmy sprowadzić części z Argentyny do produkowanej w Tychach sieny - mówi Bogusław Cieślar, rzecznik Fiat Auto Poland.


[http://miasta.gazeta.pl]

Reblog this post [with Zemanta]

Podróże jak życie - pełne pieprzu i wanilii

0 komentarze

(połonina) on a top of Szeroki Wierch near Tar...Image via Wikipedia

O pięknie świata i uśmiechu, z Elżbietą Dzikowską, znaną podróżniczką rozmawia s. Ines Krawczyk MChR

Pani przygoda z podróżami rozpoczęła się już w szkole i trwa do dziś. Czy podróże mają w sobie coś z magnesu - jak się rozpocznie, to nie można skończyć?

- Oczywiście. Jest to magnes, więcej, to choroba od której wyzwolić się nie można. U prawdziwego podróżnika ciekawość świata nigdy nie wygasa, a wręcz jest pobudzana, ponieważ ciągle narasta chęć poznawania coraz to nowych miejsc. Podróże są najlepszymi uniwersytetami. Można na nich skończyć różne wydziały, choćby archeologię, politologię, geografię, językoznawstwo, religioznawstwo i historię sztuki.

Jak długo przygotowuje się Pani do podróży i jak duża jest ekipa, z którą wyrusza Pani w drogę?

- Kiedy pracowałam w redakcji miesięcznika "Kontynenty", jako dziennikarz kierujący działem Ameryki Łacińskiej, podróżowałam sama. Później razem z mężem Tonym Halikiem. Robiliśmy wtedy filmy "Pieprz i wanilia". Później z przyjaciółmi lub z biurami podróży. Kilkakrotnie nawet sama prowadziłam wyprawy. Najbardziej lubię podróżować w małej grupie, ponieważ wtedy można się wymieniać doświadczeniami, można się razem zachwycać, nawzajem sobie pomagać, a później można razem wspominać.

Zwiedziła Pani wiele miejsc naszego globu. Czuje Pani nadal uczucie niedosytu?

- Oczywiście, niedosyt ciągle tkwi we mnie i chyba nigdy się nie wyczerpie. Na szczęście jest jeszcze wiele miejsc, których nie zwiedziałam. Niedawno wróciłam z Gabonu, który jest niezwykle interesujący i zupełnie nieturystyczny. Jest tam dżungla pokrywająca 80 proc. kraju, mnóstwo zwierząt, a przede wszystkim ludzie z niezwykle ciekawymi obyczajami. We wrześniu wybieram się na Madagaskar tropem Arkadego Fiedlera. Mam nadzieję, że zobaczę nie tylko lemury, sławną aleję baobabów, ale poznam ciekawych ludzi i przywiozę stamtąd coś nowego do Muzeum Podróżników im. Tonego Halika w Toruniu - do którego serdecznie zapraszam. Mamy tam dość pokaźną ekspozycję ze zbiorów, którymi ilustrowaliśmy programy "Pieprz i wanilia". Postanowiłam, że muszę dotrzeć jeszcze w wiele miejsc, żeby ubogacić te zbiory, a przez to żeby zachęcić szczególnie młodzież do podróżowania i poznawania świata. To ważne, żeby poznawać świat, żeby porównywać go z tym, co mamy u siebie w kraju, wyciągać z tego korzyści, uczyć się szacunku dla ludzi i empatii.

Wielką sztuką jest odnalezienie piękna w prostocie, a Pani potrafi odnajdywać je bezbłędnie. Jaki jest na to sposób?

- Niejako z zawodu jestem estetką, bo jestem historykiem sztuki. Zatem mam nie tylko serce ale i oko wyczulone na piękno. Uważam, że sztuka powinna być piękna, także sztuka filmowa. Kadry powinny być wysmakowane, bo tylko wtedy kształtujemy wrażliwość odbiorców, wyczulamy ich na piękno i dobro.

Przygotowała Pani dla nas tysiące zdjęć, filmów, reportaży? Czego nie dało się w nich pokazać?

- Chyba nie ma czegoś takiego, czego nie udało mi się pokazać. Owszem, nie chciałam pokazywać tego, co brzydkie, a więc zbrodni i krwi. Razem z mężem chcieliśmy zainspirować naszych widzów do życzliwości dla świata. Staraliśmy się pokazywać świat od dobrej strony, ale nie unikaliśmy scen, na których była bieda i nieszczęścia - bo takie przecież jest życie. Dbaliśmy jednak o to, żeby nie epatować zbrodnią i przemocą.

Podróż, do której zawsze wraca Pani pamięcią?

- To podróż do Vilcabamby, ostatniej stolicy Inków. Była to podróż odkrywcza, która pozwoliła nam dotrzeć do zagubionej w dżungli ostatniej stolicy Inków, do której nie było łatwo trafić. Mój przyjaciel, nieżyjący już prof. Edmundo Guillen odnalazł w Archiwum Indiańskim w Sewili listy żołnierzy hiszpańskich, którzy brali udział w podboju Vilcabamby i opisywali trasę. Więc tropem tych listów udało nam się trafić do Vilcabamby i udowodnić, że to miejsce jest dawną stolicą Inków. Napisałam książkę na ten temat, zrobiliśmy filmy i stało się to moją przepustką do członkostwa w The Explorers Club. Ostatnie dni tej podróży przemierzaliśmy na koniach i mułach. Spadłam wtedy z konia, który ciągnął mnie kilkadziesiąt metrów z nogą w strzemieniu. Na szczęście od strony skały, a nie przepaści. Mój mąż z przerażenia nie zrobił mi wtedy zdjęcia, czego później ogromnie żałował.

Mówi się że podróże kształcą - czego Pani uczą?

- Przede wszystkim tolerancji, empatii i szacunku dla innego człowieka, dla jego przekonań, i dla jego obyczajów. Moim zdaniem najważniejsza jest tolerancja, bo inaczej świat dochodzi do niepotrzebnych konfliktów.

Wiemy, że oprócz wszystkich krajów, które Pani zwiedziła - tych bliskich i dalekich, kocha pani także nasze Polskie Bieszczady. Czym zasłużyły sobie na to?

- Przede wszystkim przyrodą, która jest tam jeszcze dzika. Bieszczady są piękne. Widać z nich Ukrainę, Słowację, a czasami nawet Taty. Szczególnie zapraszam do odwiedzenia ich jesienią, kiedy złocą się jawory a buki czerwienią... A w zimie, nawet jeśli wszędzie jest plucha, to tam jest słońce i śnieg. Tam też właśnie spędzam zawsze Święta Bożego Narodzenia i Wielkanocy. Jestem honorowym obywatelem Ustrzyk Górnych, mieszkam w Hotelu Górskim - tam mam pokój z widokiem na Połoninę Caryńską.

Z powodu odbytych tak licznych podróży ma Pani trochę pewnie "podzielone serce". W której części świata mieszka jego największy "kawałek"?

- Niewątpliwe w Bieszczadach. Choć lubię także Międzylesie, miejsce, w którym mieszkam - jest to moje miejsce na ziemi. Wyjeżdżam chętnie, ale powracam z jeszcze większą ochotą. A tak naprawdę to cała Polska jest piękna. Dlatego zachęcam moich czytelników aby ją zwiedzali. Polska pełna jest fantastycznych regionów, zabytków oraz ludzi z pasją. Teraz w lecie szczególnie namawiam do wędrowania po różnych szlakach, a to po szlaku Piastowskim, godnym pielgrzymki narodowej, a to po najdłuższym pasku Polski czyli Półwyspie Helskim, a to po szlaku tatarskim z meczetami w Bohonikach i Kruszynianach. Warto też zajrzeć do Puszczy Białowieskiej. Oczywiście zapraszam na Dolny Śląsk, na którym jest więcej pałaców i zamków niż nad Loarą. Polecałabym także szlak architektury drewnianej, kościoły i cerkiewki pełne starych, pięknych polichromii. Warto także zajrzeć do Torunia. To przepiękne miasto, zachowało swoją substancje średniowieczną, w rozplanowaniu ulic przepiękne stare kamieniczki, a także najpiękniejszy ratusz gotycki na świecie. Polskę naprawdę warto zwiedzać!

W swoim albumie "Uśmiech świata" przekonuje nas Pani, że ziemia jest planetą ludzi uśmiechniętych, a przecież w swoich podróżach niemal dotykała Pani cierpienia i niesprawiedliwości. Zatem dlaczego uśmiech?

- Uśmiech to najlepszy język międzynarodowy, najkrótsza droga do serca i najpiękniejszy podarunek. Dając uśmiech dajemy tak wiele i nie tracimy nic. Poza tym uśmiech przypomina nam starą zasadę, że najważniejsze jest: BYĆ, a nie: mieć. Staram się więc promować uśmiech. Oprócz albumu, o którym mowa, przygotowałam także wystawę pt.: "Uśmiech świata". Odwiedziła ona już wiele miast Polski. Jest to wystawa plenerowa, ale i w takim mniejszym formacie, powędrowała do galerii i muzeów. Uważam, że Polacy za mało się uśmiechają, chciałam więc im to zaproponować, pokazując że w krajach biednych, zwłaszcza w Azji południowo-wschodniej ten uśmiech częściej gości na twarzach jej mieszkańców.

Życie każdego z nas, to wielka podróż - w jednym kierunku, choć różnymi "środkami". Jak iść przez nie, żeby nie zabłądzić i nie przegapić piękna świata?

- Myślę, że należy iść prosto. Trzeba być szczerym, otwartym na ludzi i na świat, na jego urodę ale i na jego bolączki, żeby im zapobiec.

[http://fakty.interia.pl]
Reblog this post [with Zemanta]

Podróże kulinarne - Słowenia. Pijana świnia, gibka sarna

0 komentarze

Smoke over AlaskaImage by drurydrama via Flickr

Ten niewielki kraj oferuje ponad 1200 narodowych specjałów kulinarnych

W dawnych czasach na ziemiach obecnej Słowenii co innego jadało się na plebanii, w wojsku czy wśród wiejskich najmitów. Także regiony i mniejszości narodowe miały (i mają) swoją specyfikę. Pierwsza książka kucharska w języku słoweńskim "Kuharske bukve" ukazała się dokładnie 210 lat temu. Tłumaczenia z niemieckiego dokonał wydawca Valentin Vodnik, ksiądz, poeta, filozof i wielbiciel dobrego jedzenia. Zawiera receptury ponad 300 dań, a także rady kucharskie, opisy naczyń i produktów.

***

Na Nizinie Panońskiej i na Istrii znakomicie dojrzewa pršut - suszona na wietrze wieprzowa szynka (przypomina włoskie prosciutto). Golonki, sznycle, placki ziemniaczane czy jabłkowy strudel dominują wzdłuż granicy z Austrią. Okolica Murskiej Soboty słynie z gulaszowej zupy, bograczy, tłustych naleśników, rybnych polewek i ostrej czereśniowej papryczki dodawanej prawie do wszystkiego. Królową wypieków jest gibanica - cienkie warstwy ciasta kilka razy przekładane nadzieniem z maku, orzechów włoskich, jabłek i sera (prekmurska gibanica i szynka zdobyły certyfikat produktu regionalnego UE). Bela Krajina i Primorska szczycą się tysiącletnią tradycją przygotowywania baraniny i mięsa koziego.

Jako wyjątkowo treściwą odebrałem kuchnię z Gorenjskiej Doliny. Przygotowywana tam prata to kilogram rozdrobnionej głowizny, wymieszanej z kawałkami białego chleba, garścią czosnku, skrojoną wielką cebulą, pietruszką i przyprawami. Masę uzupełnia się jeszcze 25 jajami i wieprzowym tłuszczem. Upieczony w foremce specjał kroi się potem jak chleb (trzy plastry to całodzienny posiłek). Z okolic Gorenja zapamiętam też intrygujące nazwy: pijana świnia, pijana baba, gibka sarna. W Idriji smakowały mi žlikrofi - maleńkie pierożki z rozmaitym nadzieniem. Briško ujęło mnie pulchną, złocistą polentą okraszoną kawałkami podsmażonej domowej kiełbasy. Wielkie pierogi wypełnione farszem z aromatycznych żeberek (budle) popijałem czerwonym wytrawnym winem w Posoeju. Istria to ryby, owoce morza, zupa z kałamarnicy, trufle i nalewki ze zbieranych tu owoców.

***

Z maleńkim regionem Prekmurje kojarzą mi się mączne dania, dużo pieczywa, tłuste ciasta, smalec, gulasz, czereśniowe destylaty i białe wina. Kawałek ziemi wciśnięty między Austrię, Węgry i Chorwację od reszty kraju oddziela rzeka Mura, lewy dopływ Drawy. Prawie tysiącletnia zależność od Węgier ukształtowała odrębność regionu trwającą do dziś. Tu ludzie zawsze ubierali się inaczej niż w głębi kraju, mówili nieco innym językiem i co innego kładli na stół. Jeszcze na początku XX w. panowała tu bieda. Na przednówku jadano żołędzie, liście mniszka, brukiew i pokrzywę.

Trwający od II wojny światowej cywilizacyjny awans Słowenii widać także w kuchni. Dziś wszystkich, nawet na co dzień, stać na pogacze, gundel palacsinta, bogracz, perkelt, leczo i torcik Sachera. Jada się tutaj nie tylko dania typowe dla tradycji węgierskich sąsiadów. Modne staje się prowadzenie kuchni uniwersalnej, pełnej różnorodności i nowinek ze świata.

Z Prekmurja pochodzi najbardziej znana gibanica (produkt regionalny chroniony certyfikatem UE), ciasto dość pracochłonne, bogate w składniki i bardzo kaloryczne.

Najpierw robimy (lub kupujemy gotowe) ciasto francuskie, a następnie przygotowujemy cztery różne nadzienia do przełożenia warstw: makowe (szklankę maku zalanego gorącym mlekiem mielemy, dodajemy trzy łyżki cukru lub miodu, jajko, słodką śmietanę i szczyptę wanilii), serowe (dwie kostki homogenizowanego sera ucieramy z czterema łyżkami cukru, jajkiem i słodką śmietanką, dodając rodzynki i budyń śmietankowy w proszku), orzechowe (szklankę zmielonych orzechów włoskich mieszamy z czterema łyżkami miodu, cukrem waniliowym i szczyptą cynamonu, dodając pół szklanki mleka), jabłkowe (pół kg obranych i pokrojonych w cienkie plastry jabłek gotujemy ok. 10 min z czterema łyżkami cukru lub miodu, startą skórką z jednej cytryny i szczyptą cynamonu).

Po upieczeniu ciasta francuskiego, na wystudzony spód kładziemy nadzienie makowe, przykrywamy płatem ciasta i smarujemy roztopionym masłem - tak samo robimy z kolejnymi nadzieniami, wierzchni płat ciasta polewamy połową szklanki śmietany. Pieczemy ok. godziny w temperaturze 170 st. C.

***

Kilka dni warto spędzić w dolinie Vipavy, kameralnym zakątku słoweńskiej prowincji - godzina jazdy z Lublany w kierunku południowo-zachodnim. Vipavski ser twardy, pikantna jota (suszona w słońcu szynka) i orzechowa struklja zawsze będą mi ją przypominać. Od kwietnia do listopada bez przerwy można tu coś smacznego wykopać, ściąć, zebrać, zerwać i rozłupać. Warunki dojrzewania winogron są podobne do tych w Burgundii i Toskanii. Merlot, cabernet, chardonnay, a obok nich rodzime szczepy: zelen, malvasia, rebula. Ponoć już za czasów Napoleona Francuzi znali i cenili tutejsze dionizjaki. Vipavska Winna Droga liczy ponad 50 winnic, farm, gospodarstw agroturystycznych i piwnic. Niektóre rody zajmują się produkcją win od ponad dwustu lat. Degustując je można też skorzystać z domowej kuchni, wynająć rowery czy konie wierzchowe, a dzieci wysłać na place zabaw. Już za ok. 30 euro od osoby na dobę zjemy dwa posiłki, skosztujemy kilku gatunków win i nalewek oraz zanocujemy.

[http://wyborcza.pl]

Reblog this post [with Zemanta]

Matki wysyłają do premiera pocztówki z wakacji

0 komentarze

Toronto rowing teamImage via Wikipedia

Rodzice niepełnosprawnych dzieci zasypują premiera pocztówkami z wakacji. Wysyłają je ze swoich domów, w których co roku spędzają lato, bo nie stać ich na żaden wyjazd

Sebastian ma osiem lat i wszystko rozumie, chociaż w rozmowie z obcymi mówi tylko tak albo nie. Gdyby władał dłonią, sam wypisałby tę kartkę z Dąbrowy Górniczej do rządu. Pocztówka z wakacji do premiera oraz ministrów od finansów, gospodarki i polityki społecznej to akcja Forum Rodziców Dzieci Niepełnosprawnych "Razem Możemy Więcej". Właściwie matek, bo to one najczęściej rezygnują z pracy, gdy rodzi się dziecko wymagające stałej, długotrwałej opieki. Mają szczęście, gdy ojciec dziecka nie ucieknie i gdy zarabia dobrze. Pocztówki wysyłają z domu, gdzie spędzają każde wakacje.

Marzena Malinowska pracowała zawodowo, zajmowała się zarządzaniem i marketingiem. Dzisiaj brakuje jej pracy, kontaktów z ludźmi, spokojnego myślenia o emeryturze. Praca nie przeszkadzała jej w wychowaniu Moniki, która ma dzisiaj 16 lat, bo córka była zdrowa. Urlopy spędzała z córką i mężem nad morzem albo w górach.

Sebastian zaraz po urodzeniu przeszedł sepsę, która odbiła się porażeniem mózgowym. Uczy się w ośrodku szkolno-wychowawczym, żeby nie tracić kontaktu z rówieśnikami. Intelektualnie rozwija się na poziomie zdrowych rówieśników, ale fizycznie nie jest samodzielny. Życie Marzeny zmieniło się przez to diametralnie. Z pracą koniec, bo syna trzeba myć, karmić, przewijać, uczyć chodzić, siedzieć, mówić, przełykać, prawidłowo oddychać. Żaden pracodawca nie dałby jej 50 dni urlopu rocznie, żeby mogła pojechać z Sebastianem na trzy turnusy rehabilitacyjne. Te turnusy to teraz jedyne wyjazdy Marzeny. Na jeden jeździ z mężem, żeby mogli pobyć razem. Córka odpoczywa osobno.

Na wspólne wakacje Malinowskich nie stać. Od państwa nie dostają nawet wystarczającej ilości pampersów dla Sebastiana. Na urządzenie do nauki chodzenia dostali 60 procent dofinansowania, ale 10 tys. zł reszty musieli znaleźć sami. Na specjalny rower za 1700 zł nie dostali nic.

Rodzicowi, który nie może pracować ze względu na opiekę nad chorym dzieckiem, przysługuje świadczenie pielęgnacyjne. Tak jakby pensja, bo wraz ze składką emerytalno-rentową. Ale trzy razy niższa od najniższej krajowej - wynosi 420 zł. W dodatku jej przyznanie zależy od dochodu na osobę w rodzinie, który nie może być większy niż 583 zł. Malinowscy przekraczają ten próg o 60 zł.

Rodzice z forum.razem-mozemy-wiecej.com.pl czują się zmuszani do ubóstwa. Domagają się reformy: zniesienia kryterium dochodowego i podniesienia wysokości świadczenia do 52 proc. brutto minimalnego wynagrodzenia. Wspiera ich w tym poseł Marek Plura. - Ale rząd odmawia, zasłaniając się kryzysem - mówi Marzena.

Matki prosiły premiera o spotkanie - bezskutecznie. Dlatego zasypały go pocztówkami. Poskutkowało - rząd obiecuje podnieść świadczenia o 100 zł. Dla matek to za mało. Na 9 września planują marsz milczenia i pikietę pod kancelarią prezesa Rady Ministrów. Pojadą bez dzieci, żeby ich nie męczyć. Przejdą Alejami Ujazdowskimi z pustymi wózkami.

- Powtarzają nam, że wychowanie dzieci to obowiązek rodziców. Ale tu nie chodzi tylko o wychowanie Sebastiana. Moniki w jego wieku już nie musiałam tak pielęgnować, sama jadła, myła się, chodziła do szkoły, odrabiała lekcje, wychodziła na podwórko. Ja jeszcze nie mam najgorzej. Znam matki, które cewnikują, odsysają, respirują, robią iniekcje dożylne, są pielęgniarkami dla swoich dzieci. Chcemy, żeby nasze dzieci stały się jak najbardziej samodzielne i nie były obciążeniem dla państwa. Niepełnosprawne dziecko w domu opieki społecznej kosztuje średnio 4 tys. zł - mówi Marzena.

[http://miasta.gazeta.pl]

Reblog this post [with Zemanta]

środa, 12 sierpnia 2009

Jak kupić bilet na samolot

0 komentarze

{{Template:Christopher Columbus (whaleback)}} ...Image via Wikipedia

Zanim przystąpisz do kupna biletu przeanalizuj kilka spraw.

Kiedy planujesz wylot? Termin wykupu.

Im wcześniej zamówisz bilet tym lepiej. Choć nie zawsze ta zasada się sprawdza. Rozpocznij poszukiwania, od momentu, kiedy znasz już termin podróży.

Sezonowość.

Najczęściej cena zależy od dnia/miesiąca wylotu, który wpisany jest w dany sezon. Tzw. „low season” , to okres kiedy ruch lotniczy jest bardziej martwy i linie lotnicze kuszą potencjalnych pasażerów rozmaitymi promocjami. Tzw. „high season” , to czas kiedy przemieszczamy się najczęściej, czyli w lipcu, sierpniu oraz w czasie Świąt Wielkanocnych i Bożego Narodzenia czy Sylwestra.

Bądźmy elastyczni.

Często okazuje się tak, że wystarczy przesunąć podróż o jeden dzień w przód lub w tył i zyskujemy nawet do kilkuset złotych.

Rezerwacja

W momencie wystawienia biletu ponosimy już wszystkie konsekwencje, które niosą warunki zastosowanej taryfy. Ewentualna rezygnacja z podróży (często surowo karana). Rezerwacja jest przede wszystkim gwarancją utrzymania danej ceny za dany odcinek podróży. Bez rezerwacji, nie możemy być pewni, że w danym terminie polecimy za przykładowe 1000 zł, bo kiedy wreszcie zdecydujemy się na kupno może okazać się, że ktoś był szybszy i "sprzątnął" nam nasze miejsce. Ważne jest zarezerwowanie miejsc na konkretne nazwiska pasażerów, którzy faktycznie będą lecieć.

Podróż w obie strony czy w jedną?

Najczęściej znacznie bardziej opłacalne jest wykupienie biletu w obie strony niż w jedną. Bez względu na to, czy wsiądziemy do powrotnego samolotu, czy nie. Warto sprawdzić, czy bilet nie okaże się tańszy, jak założymy jedna rezerwację na wylot i drugą (osobną) na powrót.

Płatności

Najczęściej przelew bankowy, bądź kartą kredytową. W tytule przelewu należy wpisać imię i nazwisko Pasażera(ów) oraz numer rezerwacji.

Dostarczenie biletu lotniczego

Bilety lotnicze tzw. "papierowe" doręczane są pod wskazany przez Klienta adres w formie przesyłki kurierskiej. Bilety lotnicze tzw. "elektroniczne" dostarczane są za pomocą e- mail, na adres wskazany przez klienta lub faksem, na numer wskazany przez klienta. Na wyraźne polecenie klienta bilety elektroniczne w formie drukowanej dostarczamy pod wskazany adres na takich samych zasadach jak bilety papierowe.

[http://www.turystyka24h.pl]
Reblog this post [with Zemanta]

Czy można lecieć samolotem w czasie ciąży

0 komentarze

BEIJING, CHINA - JULY 28:  A Chinese man whose...Image by Getty Images via Daylife

W czasie ciąży można podróżować samolotem najlepiej w II trymestrze. Nie należy jednak wybierać się w dalekie podróże po 36 tygodniu ciąży. Początkowy okres ciąży także nie jest wskazany, z powodu nudności, złego samopoczucia oraz ryzyka omdlenia.


Dr n. med. Krzysztof Arciszewski, specjalista ginekologii i położnictwa, uważa, że w podróż lotniczą kobieta w ciąży nie powinna wybierać się przed 12 tygodniem. W tym okresie bowiem ryzyko poronienia jest największe. Z kolei po 36 tygodniu istnieje ryzyko przyspieszenia porodu w czasie lotu.
Kobiety w ciąży powinny raczej zrezygnować z podróży do krajów tropikalnych lub miejsc z dala od opieki medycznej.
Przed podróżą należy pamiętać o wykupieniu polisy ubezpieczeniowej, które w razie powikłań pokryje koszty medyczne. Firmy ubezpieczeniowe z reguły gwarantują opiekę medyczną nad ciążą do 28. tygodnia. W podróż należy także zabrać kartę ciąży wraz z niezbędnymi danymi, takimi jak termin porodu, grupa krwi, kontakt do lekarza prowadzącego.
W czasie lotu pas bezpieczeństwa należy umieścić poniżej brzucha i zapiąć na wysokości uda. Warto też zająć miejsce przy przejściu i spacerować co pół godziny. Trzeba też pić dużo wody.

Nie należy lecieć samolotem po 37 tygodniu ciąży. W tym okresie istnieje duże ryzyko wystąpienia samoistnego porodu. Ponadto większość linii lotniczych nie zezwala kobietom po 36 tygodniu ciąży na podróż. W przypadku ciąży bliźniaczej nie należy latać po 33 tygodniu.



[http://www.air-europa.pl]
Reblog this post [with Zemanta]

Uwaga: Polak na wakacjach!

0 komentarze

Nie ma miejsc w samolocie, wybrany hotel nie istnieje - nie ma się czemu dziwić, że turysta zaskarża biuro podróży. Czy jednak nie za bardzo się przyzwyczajamy do narzekań? Polacy są w stanie skarżyć biuro za to, że w Szwajcarii pilot nie pokazał im fioletowej krowy z reklamy Milki albo że dostali większy pokój zamiast mniejszego.

Jeden z rezydentów na Cyprze, Marcin Serwacki opowiadał jak para zwróciła się o odszkodowanie, bo zamiast pokoju dwuosobowego dostała trzyosobowy . Marek Pawłowski, pilot wycieczek, też miał do czynienia, jak to nazywa, z kompleksem Polaka, "który przecież zawsze ma gorzej”. Na promie pewne małżeństwo miało wykupioną kajutę wewnętrzną, ale że nie było dużo pasażerów, to dostało zewnętrzną, z oknami. Pan się jednak bardzo zdenerwował, że w tej kajucie się nie składają łóżka, a przecież fakt, że w wewnętrznych kabinach się składały, było wynikiem wyłącznie minimalnych rozmiarów pomieszczenia.

Czy naprawdę nie możemy sobie pozwolić na odrobinę luksusu? Nawet jeśli nie musimy za to płacić? Sama się na to nacięłam. Wykupiliśmy wycieczkę do Turcji, w pakiecie miałam hotel trzygwiazdkowy, a okazało się, że nie ma dla nas w nim miejsca i zakwaterowali nas w hotelu obok. Nawet z zewnątrz wyglądał lepiej, ale co jak co, Polak umie walczyć o swoje. Trzy dni z rzędu chodziłam do mojego niedoszłego hotelu z groźbami, aż w końcu poskutkowało, pokój się znalazł, ale czy byłam bardziej zadowolona, że śmierdziało na korytarzu i ciekła klimatyzacja?

Czasem po prostu jesteśmy niezadowoleni z tego, że w ogóle wybraliśmy się na wycieczkę do danego miejsca. Czy można na Krecie narzekać na cykady i przyrównywać je do rżniętej blachy? Czy można w Egipcie narzekać na nadmiar Arabów? A w Tunezji na brak wieprzowiny i odgrażać się, że od tej pory bez prosiaka ani rusz! Owszem muzułmanie nie jedzą mięsa wieprzowego i go nie serwują, ale szwedzki stół w ich wykonaniu to naprawdę wspaniała uczta.

Niekiedy można wnieść skargę po prostu dla zasady. Pewna pani poskarżyła się, że deszcz padał. Innym razem ktoś miał pretensje do rezydenta, że chodzi w kurtce z kapturem - w biurze do tej pory nie wykombinowano, dlaczego komuś to przeszkadzało. Marek wspomina, jak w Grecji prom miał duże opóźnienie i jeden pan z jego grupy to skomentował: - Gdybym był na tej wycieczce z niemieckim biurem podróży, prom by się na pewno nie spóźnił. Lecz Polak nie zauważył, że obok stały i czekały autokary z turystami z Holandii, Szwecji, jak również z Niemiec.

Marek przytacza historię o tym, jak pewnego razu przewodnik opowiadał o Atenach, a jeden ze słuchaczy przerwał mu kulturalnie słowami: - Wie pan, pan tak opowiada nam o tej historii, i tak ładnie nawet, ale w końcu może nam pan coś powie o Domestosie?! A przewodnik po chwili konsternacji odpowiedział: na środkach czystości to ja się nie znam, ale jeśli panu chodzi o słynnego mówcę Demostenesa, to zaraz będę o nim mówił.

W Portugalii grupa turystów spotkała się, by omówić plan wycieczek fakultatywnych. Jeden z uczestników na wszystko kręcił nosem, padło pytanie: - Czy pan jedzie do Lizbony? - Nie, czy za jednym razem mam zobaczyć cały świat? Zresztą, co ja będę jeździć, jeśli ja Ojcowa jeszcze nie widziałem.

A czego nie zrobią turyści, żeby w autokarze siedzieć z przodu, tam gdzie jest najwięcej miejsca. Marek opowiada o dziewczynie, która przyszła z nogą w gipsie. Rzekomo złamała ją dwa dni wcześniej, jednak okazało się, że zrosła się na następny dzień, z końcem podróży autokarem.

Co jest jeszcze niestety bardzo polskie? Skąpstwo. Jeżdżą na "lasty” (last minute), a oczekują hoteli pięciogwiazdkowych. - Lubię być obsługiwany, ale nie lubię płacić napiwków, przecież już było płacone - to bardzo nagminne dla Polaków - mówi Marek. Kolejna kwestia to wynoszenie jedzenia z bufetów. Kucharze się skarżą, że na śniadanie schodzi więcej chleba dla polskiej grupy niż dla całego hotelu, wynoszą kanapki w kieszeniach i torebkach. Mogę się jednak założyć, że piloci wycieczek z innych krajów są karceni za to samo. Sama widziałam, że nie tylko Polacy wychodzą z hotelowych restauracji z wypchanymi kieszeniami.

I kolejna bardzo charakterystyczna sprawa. Polak jest naprawdę dumny ze swojego języka. W jakimkolwiek kraju by nie był, towarzyszy mu przeświadczenie, że co jak co, po polsku to on się dogada wszędzie. Nikt nie rozumie? W porządku, powtórzy trochę głośniej. A im dłużej próbuje, tym mówi jeszcze głośniej i wyraźniej, najlepiej dzieląc na sylaby. I-LE KO-SZTU-JE TA TO-REB-KA?, sprzedawca kręci z niezrozumieniem głową, a nasz rodak nie traci animuszu, przecież jak trochę SZE-RZEJ otworzy U-STA, to wtedy sprzedawca na pewno go zrozumie! Jak się przekonał Marek, wcale to nie takie niemożliwe. Na wycieczce w Chinach swoim słabym chińskim wspomagał polską turystkę w dogadaniu się z taksówkarzem, gdzie ma jechać. Marek próbował, ale półchiński to nie to samo co chiński i "malutki człowieczek” go nie rozumiał. Wtedy zniecierpliwiona Polka wysyczała do kierowcy: - k...wa, no mówię ci napie...alaj na tę ulicę, co to ja mam cię tu uczyć jak jeździć po Szanghaju k...wa? I pojechał, i trafił.

[http://wiadomosci.wp.pl]